poniedziałek, 23 października 2017

"Ey, ey" dwulatka (cz. 1)

Gdy Mikołaj rano wstaje albo Monika odbiera go ze żłobka, lub po prostu nie ma nastroju na moje towarzystwo,  kiedy się do niego zbliżam kręci palcem w moim kierunku i mówi "ey, ey" (nie, nie).
Tata małej Nikoli często pracuje na wyjazdach. Tej soboty wybrali się na spacer. Wszystko było piękne do puki Nikol nie zobaczyła na wystawie sklepu pięknej lalki. "tato kup mi tą lalkę", "nie dzisiaj Nikol". Dziewczynka zanosi się płaczem. Czym bardziej ojciec próbuje ją odwieść od pomysłu posiadania lalki tym dziewczynka bardziej dramatyzuje. Kiedy kładzie się na ulicy ojciec krzyczy do niej "jesteś żałosna Nikol!"
Jeszcze niedawno zbliżając się do Mikołaja, kiedy miał akurat fazę na "ey, ey", czułem się odrzucony i było to dla mnie trudne.  Teraz zrozumiałem, że mam przestrzeń, by uczyć się pokory. To nie koniec świata, wiem, że za chwilę będziemy robić "wałeczki" na łóżku w pościeli. Najbardziej do respektowania zmiennych nastrojów Mikołaja  motywuje mnie wiedza, że wchodzi on w fazę specyficznego i bardzo progresywnego rozwoju swojego mózgu. Jest to okres popularnie nazywany "buntem dwulatka" (bunt wobec samej nazwy to inny temat).
Tata Nikol takiej wiedzy nie ma dlatego trudniej mu uruchomić empatię, która bardzo może pomóc w trudnych relacjach z córką. 
Większość rodziców nie interesuje się klinicznymi etapami rozwoju dzieci, co dramatycznie przekłada się na kryzys globalny relacji międzyludzkich. Brzmi niewiarygodnie? (patrz cz.2) 
Dr Catherine Gueguen w książce "Wychowanie szczęśliwego dziecka w świetle rewolucyjnych odkryć naukowych" pisze: "Dziecko nie reaguje jak dorosły nie dlatego, że nie chce albo nie wie, jak to się robi, ale dlatego, że nie może, ponieważ struktury i połączenia jego mózgu są jeszcze niedojrzałe. Często samo nie rozumie co się z nim dzieje. Jest przytłoczone przez swoje emocje, których nie potrafi kontrolować."
Najprościej rzecz ujmując nasz mózg posiada dwa umysły i nie jest to bynajmniej metafora:
umysł emocjonalny i umysł logiczny. W umyśle emocjonalnym znajduje się ciało migdałowate, w którym mieszkają nasze emocje. Ciało migdałowate jest w pełni dojrzałe od momentu narodzin, natomiast umysł logiczny (kora mózgowa) będzie w pełni rozwinięty około 25 roku życia.
Jeszce do niedawna trochę martwiłem się tym, że Miki często boi się wielu rzeczy: szyszki na trawie, żółwia sąsiadki (a jeszcze niedawno stukał go po skorupie) czy dotknięcia zwykłej ziemi w lesie. Z powyższej książki dowiedziałem się, że w naszych mózgach istnieją dwa obwody zaangażowane w odczuwanie strachu
- obwód krótki, szybki, bez udziału świadomości - najpierw działanie potem myślenie
- obwód długi,  z udziałem kory mózgowej, gdzie refleksja przeważa nad działaniem 
Mikołaj, kiedy widzi drzwi pani Ani (naszej miłej sąsiadki od żółwia) mówi "ey,ey". Boi się i nie potrafi się uspokoić, ponieważ małe dziecko wykorzystuje krótki obwód odczuwania strachu. Nie może korzystać z długiego, ponieważ połączenia pomiędzy korą mózgową a układem limbicznym (umysł emocjonalny) w jego mózgu są jeszcze słabo rozwinięte.
Przez wiele lat pracowałem jako mim na ulicy. Wielokrotnie przyglądałem się (od pewnego czasu zacząłem reagować i zabraniałem) rodzicom, którzy na siłę ciągnęli przerażone dzieci, miotające się w strachu przed moją osobą, by zrobić im ze mną zdjęcie. Często do tych dantejskich scen dorzucali  "no przecież cie nie zje".

Kiedy Mikołaj mówi "ey ey" wspieram go w jego obawach i mówię: "Nie będziemy szli do sąsiadki", "Wiem, że nie lubisz szyszek", "Oczywiście, że nie". Bardzo mi imponuje Monika kiedy podczas trudnych emocji naszego syna gdy zanosi się płaczem wydawało by się bez powodu powtarza mu "jestem przy tobie".
Jest pewna historia opowiadająca o tym, jak pewien mężczyzna gościł u swego przyjaciela. Tej nocy na zewnątrz była gwałtowna burza. Gość lubił burze i przyglądał się jej z balkonu. W pewnym momencie podszedł do niego syn gospodarza. Mężczyzna zapytał chłopca: "A ty się nie boisz burzy?", na co chłopiec odpowiedział zdziwiony: "Nie, przecież tata jest w domu".
Czy Mikołaj mógłby kiedykolwiek powiedzieć tak o mnie, gdybym na jego "ey, ey" powiedział: "Chodź do pani Ani dotknąć tego żółwia, przecież palucha ci nie zje"?

wtorek, 10 października 2017

Wolność i Dyscyplina

"Wolność i Dyscyplina" - taki był tytuł IX Międzynarodowego Forum Tato.net.
Znacie inicjatywę tato.net? Jeśli nie, warto się zainteresować (link pod zdjęciem).
Miałem przyjemność być na konferencji, która pozostawiła niezatarte wrażenia i dostarczyła wzniosłych wzruszeń.  Naszła mnie nawet taka refleksja, że przeżywam te same uczucia, które jako nastolatek przeżywałem w Jarocinie na festiwalu. Wielka rzesza ludzi, których łączy ten sam cel, te same losy. Analizując pobyt w Jarocinie z perspektywy czasu, jechałem tam jako ekspert wolności, niepokorny, absolutnie odrzucając dyscyplinę. Tutaj przyjechałem pokornie uczyć się wolności.


W Jarocinie wydawało mi się, że jestem wolny. Tutaj wiem, że wolność to wielka sztuka, która wymaga pokory, dyscypliny, wiecznego zgłębiania i praktykowania.

Wolność i Dyscyplinę absolutnie spostrzegam jako klucz w wychowaniu, tak, by nasze dzieci były szczęśliwe. Jak zatem można łączyć te dwa wydawałoby się przeciwstawne pojęcia?

Józef Augustyn SJ, jeden z prelegentów, sprecyzował czym wolność nie jest. Rozpoczął od przytoczenia wyznania pewnego znanego człowieka, który na łamach czasopisma "Wysokie obcasy" opowiadał o czasach hipisowskich, w których to uprawiał seks w pociągu, na plaży, w hotelu i w różnych innych dziwnych miejscach. Na co reporterka zapytała go "a czy pomyślał pan o dziewczynach, które zostawiał pan w pociągach, na plażach, w hotelach i innych dziwnych miejscach?". Powtarzając słowa Ojca Augustyna "własnie to jest przykład czym wolność nie jest. Wolność nie jest rozpasaniem, działaniem według swoich najniższych potrzeb. Wolnością nie jest nic co upokarza, ubliża, ogranicza drugiego człowieka. Żadnych obowiązków, żadnych konsekwencji, żadnych zobowiązań to nie jest wolność to jest forma zniewolenia".

http://tato.net/centrum-prasowe/ 

Wracając do mojej "jarocińskiej" wolności - nie wszystko co wówczas robiłem było dobre. Na pewno nie była to wolność, która daje poczucie wolności i szczęścia. Słuchając dalej Ojca odczuwam dumę z tego okresu, bo "nasze dzieci robią bardzo bolesną drogę do wolności. One muszą samookreślić się. Samookreślenie i obranie własnej tożsamości zdobywa się ogromnym trudem, cierpieniem, on wie, że się narazi ojcu wie, że narazi się matce on wie, że narazi się dyrektorowi." Kluczem do dobrego życia rodzinnego - mówi dalej Józef Augustyn - jest zacząć od miłości, robić rzeczy dobre, a zniewolenia będą ustępować same. Bo jeśli człowiek chce być dobry dla dzieci i żony to wie, że nie ma miejsca na folgowanie sobie. Bo męskie folgowanie sobie wkracza na teren drugiego człowieka".

Kolejne wystąpienie, które bardzo utkwiło mi w pamięci to prelekcja Pawła Wolińskiego. Ciekawostką było to, że panu Pawłowi nie "odpaliła" prezentacja. Pomimo tego, jego wystąpienie nie straciło na wartości. Prelegent zamierzał pokazać wyniki badań, w których respondenci odpowiadali na pytanie "Kim chciałbym żeby zostało moje dziecko?". Nietrudno się domyślić jakie zawody były wybierane przede wszystkim. Tylko 6-7% badanych określiło "wolny wybór" dla swojego dziecka. Sytuacja wyglądała podobnie z wykształceniem. Większość chciałaby dla swoich dzieci wyższego wykształcenia. Takich obszarów naszych aspiracji wobec naszego dziecka jest znacznie więcej, np. jego późniejsza rodzina. Wszystkie te nasze aspiracje wobec naszych dzieci pochodzą ze świata, w którym my żyjemy. "Czy jakieś dziecko, które się rodzi chce zaciągnąć kredyt" - pyta Paweł. "Nie. Ale jaki jest dzisiaj model? Szkoła, studia, praca, kredyt, mieszkanie, dziecko, praca, wnuki, emerytura, śmierć. Dzieci nie rodzą się z marzeniem 'wezmę kredyt', to my spowodowaliśmy, że nasze dzieci marzą o zdolności kredytowej. Tymczasem są dwie zdolności, które my z punktu widzenia ojcostwa / macierzyństwa  powinniśmy uznać za ważne: zdolność do miłości i zdolność do pracy." Tutaj pan Paweł tłumaczy, że na ostatnim slajdzie powinien być złomiarz z wózkiem pełnym złomu. "Kto chciałby, żeby jego syn był złomiarzem? Granica naszej akceptacji tam nie sięga. Ale ten człowiek też może mieć zdolność do miłości i zdolność do pracy. I właśnie to robi. To, że wybrał bycie złomiarzem... No dobra, ok, to może nie jest fajne, nie jest to szczyt naszej akceptacji, nie ma się czym pochwalić, ale to nie przeszkadza, (...) żeby go zaakceptować. A granicą naszej akceptacji są nasze ambicje, przede wszystkim te nie uświadomione." Trudno mi zrozumieć dlaczego ta puenta wzbudza we mnie tak duże wzruszenie. Czy myślę o złomiarzu czy o sobie czy o kondycji ludzkości?


Piotr Czekierda porównał dobrego ojca do kaloryfera. Przytacza tutaj obraz Rembrandta, na którym ojciec kładzie dłonie, na plecach swego syna. Dłonie te różnią się od siebie. Jedna z nich jest szorstka i sękata, druga jest łagodna. Pan Piotr kontynuuje - "i rzeczywiście jest coś w figurze ojca, czy ojców, żebyśmy byli jak ten kaloryfer. Ciepli, ale kiedy trzeba twardzi i wymagający, którzy pozwolą ukształtować się dojrzałej osobowości".
Piotr Czekierda zachęca nas do trzech ważnych rzeczy w wychowywaniu naszych dzieci
1. Naucz dzieci jak maksymalnie wykorzystać czas.
2. Jak oceniać samego siebie.
3. Podsycaj marzenia swoich dzieci.

Utkwił mi również w pamięci wykład doktora Stanisława Sławińskiego o samowychowaniu, w którym mówi: "Tak samo jak wychowanie jest pobudzaniem i ukierunkowywaniem rozwoju dziecka, samowychowanie jest świadomym pobudzaniem i ukierunkowywaniem własnego rozwoju, jest po prostu podążaniem do dojrzałości".

Kiedy jeszcze nie mieliśmy dzieci, rozmawiałem z żoną dlaczego chcielibyśmy je mieć. Monika powiedziała "żeby było więcej miłości" - piękna kobieca natura. Dla mnie trudna była to odpowiedź. Wewnętrznie czułem dlaczego je chce mieć, ale nie potrafiłem tego zwerbalizować. Powiedziałem "bo chciałbym zobaczyć, czy wszystko to, co wiem, myślę o wychowaniu działa w praktyce" (takie trochę pyszne). Teraz bardziej to rozumiem, co wówczas chodziło mi po głowie. Jako mężczyzna mam potrzebę bycia przewodnikiem. Takim na wzór przewodnika górskiego - klient wyznacza cel, ja idę za nim asekurując go i opowiadając historię mijanych miejsc.


By mój klient mógł czuć się dobrze i bezpiecznie, musimy być zdyscyplinowani. Bez dyscypliny w górach daleko nie zajdziesz. Byśmy mogli pozostać w atmosferze górskich partnerów, dyscyplinę narzucam z szacunkiem i w trosce o byt mojego klienta. Muszę być jak kaloryfer, uczę go, by nauczył się "samowychowywać" by kiedy przestanie korzystać z moich przewodnickich usług mógł stawać się lepszym "alpinistom". By w życiu zdolny był do miłości i do pracy, by umiał ocenić samego siebie, miał marzenia i podążał za nimi, by dobrze wykorzystał tutaj czas.